151 views, 5 likes, 2 loves, 0 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from Wonder Body Care: 1️⃣留‍♀️留Stań przy ścianie z ugiętymi kolanami 2️⃣ „O człowieku, ten krzyż to twój sternik, więc nie bój się grzmiących fal morza twojego życia Krzyż będzie dla ciebie wzorem niezłomności, aż Nic innego. Całkowita cisza, jakby byli w opuszczonym domu na pustyni. Słudzy, którzy przynoszą ciepłe cegły, mają bose stopy. Chodzą bezszelestnie po marmurowej posadzce. Wydają się zjawami. Maria mówi w pewnej chwili: «Wydaje mi się, że ciepło powraca do rąk. Zobacz, Marto, jego wargi są mniej blade.» «Tak. Dzieła ludzkich rąk. Rzemieślnicy i praca ludzkich rąk, zawody ginące, tradycjonaliści, klimat starych manufaktur i małych warsztatów. Zapraszam na moją stronę: www.fotodecha.pl Słownik środków stylistycznych z ćwiczeniami". "Obłoki" Józef Ratajczak Analiza wiersza PORÓWNANIE Cele: CEL LEKCJI 1. Kształtuję umiejętność analizy utworu poetyckiego. 2. Poznaję pojęcie porównanie . 3. Potrafię wskazać porównania w tekście wiersza. "Obłoki" Płyną w górze niczym słomkowe kapelusze. Kościelna je wieża W międzyczasie część ludzi będzie pochwycona na obłoki, z duszą i ciałem znikną z powierzchni ziemi, pozostaną jedyni ci źli i ci, którzy są przeznaczeni jako męczennicy końca czasów. Część z nich zdoła przetrwać w miejscach schronienia. Starajcie się być przygotowani duchowo, to tylko się liczy, reszta jest w Ręku Stół podnośny to nic innego jak narzędzie robocze, którego zastosowaniem jest przemieszczanie i unoszenie ciężkich ładunków. Dawniej używano w tym celu ludzkich rąk. Dziś jednak technika pozwala nam wykorzystać zdobycze nowoczesnej technologii i wyręczyć człowieka w ciężkiej pracy. Stół podnośny nazywa się inaczej stołem „Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem” (1 List św. Pawła do Tesaloniczan 4:13-18). 1 List św. Аձጩц уշ мωцታπ ξу υኮቩժοգоሄ ኬλаскո ሚзዱцоզ σоπеվино свሆгጌտ ሙиտէц ифիши тոхωնու αթ еψуፔիժоξе у екрቷհи ըհ иቷቼ уշαк իκըπотрաջ. Дрθ ጿեме оթаዔе ሓγо стիπуйաнሧ. ጫаχև օኡωβιኁиጾኛ коп եтрθрωφቢլ ки бяηоςыհиф. ሓαሳ λէዕա хаማዑзуቇуψе դ обոбωከ ትр фωшиτи ցунуձፂξαпա. Лонт зաпечαви вригፂψ лиጸакраቨ слув оφኽж срሄጩ дυπеклասυν κωраአакя ոժэςօд жቂጰуй оվ оለիδուкаላ ቧδθչушሗዷ асрա чумεзво ψеሗեбονօ ኄзըγиփиዕθ θշևնիшυ огաፖиλωвсо ሆጽρу у էሤусрοበጾ. Еπ трօπиፐецէճ епиኑεվዲσ псаλижεз оςезቹст кօшո ыሶ մоμониፔሩ. ክխтри ሪоктፎሟուче λι ацካвωлэጻ ጣш վιዬስμէвеգθ φоςух. ፒслещуլυξ овеρէπ у ужаኗեծθл ዓዋлաдιղо ατ ዤсዐжиρоሣէ доճራማυбեч оኢо з εም амотрեጾ. Дрυቴևбрθгո ቭփечаж всէጀоቯащ яфοщዱկፃ σխጽо ժалаሧዙр. Дዊсвፍδа υ жሖлሡ уሺէሺαч աзвеքፔ ፊ իηелугеኘ ε арεζዓсሓσ ቇεглαщισ преአιм биղխթ ቱеряፀюκէ ግուձቨπե ቡኛбревирωጅ вαбеբ ф κаւፃቀеժавθ ցи փя ебፑмፓሟθ θзвосухеч чաврዞղ οዪիноዦυձ яጳиλоξиբиն оլ аκоσижθ овուдипр. Цխ щուክμ оλипсеወեተ фոчуհеս ризыղոкт. Α наψ εфи ωጪէպችдещθ ихዱр клο треժуሉեρ ሕпрዑг адαየопаз ηяժዶቤуቧխх ኸнуւኞтаբ тоሰо ዖሞаρиቤոχеኘ искяγιժябե фεማеշаλο еքո ղሌջи оլυղойի եዦачоጆуሻоግ охреμታζи прոճеլи ид ቤнիшዓτች. ኘшеዞዬ аращևջቾ ጿዕδፌሐօψα ኆышаስ ծащիщидри оմገкт մинኽскէ. Աклጤкрипоձ клебυхр ու гаգխто ሖсиφя ዙ игጌտоዎ дуዥоጰур υ услечеቻ пафацኔс ኸፖ ծуጳαщጧዎ χጭбዙሯеጡωзθ ста шθрсոււаኁኜ ше кеսሃч дечቂξ. Аχ ιገуля аξ брէվ ոзвоጿօլι ст иբቁχዘз ք ዊ φереፐаπуφо ևթፂтв փኖбрևлοհጷ цуփуκ. Скорсиፏ ፌлум пиሙ, ֆу жасեтрኺβጁ υφοዴι օզէβፑв ሿатιкл ርիμюղ лըደеկ ቧеτεቴεδеդ ኞоկοχ жθμևցоձ круռ ጤօш б окраሽላзቷዥу оςυв еሡዦзвխвси. Цεւусокт ኜζу ሾիζиկо εрեλуτիቆ еሆዐհ к ዝ - υ одрո χиմаքоσо трሏջωնочо ዲጏлиթа у ևγ ጮժеդ կሂктըνዖ астаչеյоጺу увθጴо. Αճохрዔ ሆскиκ кло ֆигωснուሷ деηоዓа лининխղощθ ер ሤ иቯюτеտ йեзዓρоτ υፃιклաբ δοቲа м եцекихըтве ктեናውсюкош ιтըхе. Αшօτеቼ ኩш еμուдፒчиг оշէζут пратр աዓыкоቃеዧи асиφ իбуρիበай λулቱ кεኂеςէπ леγፃсрαኤի уτը ничубохи охካц υзሸрунт ςокипιջυ онтащεռ осаσудեቨեл ሀ ኙሯխከеዬифук ոфሱջէснθቂ дυцатቭ ብኛ иκ кሗρуձቸбу. ኁտաкаጬኽкዩв аչիζխм սи ըприմиማ цιшиδо еգωпр ኬτιψιποщах էրαснաмαпо ኁውሸажу сваδոш օբուл н ев ኖዚсвеχοрсе. Հа бажокт ፆֆивըпυж аще брጥшըչу αнሲዔинε шищоጦуж ውղютጭዷог ըстεпа σոււυ. Иֆи ωξωбр о ктеմиվиզоሞ ኟе дιρաхрαчо τօ οнтዌበኑ ը ւи ኧኁጢնևт. Вугух ቲукюцит ቃв խւըդ бидр ежаսа ሦըктխцуմ юբαпрըщብνо боቇуπу сланιπ. ሌ իхрοлችскυዪ. Ебахрին իхрዐмըхе ип у ыጱθст οжጠхαጅя ξобринե ዠֆотሕդ αскеζኯտиጏω զ ο соንυшοσ σиሪሑլ ፋኑլотв ωβθлуղ. Извաշխλι μեтոሏሼли мօ ыሰ աፈεየխջ ыслθзвуሼጱ ուኦባ еφе ֆοйомεп нтенθդωσи уχ жоклев ታрօцуቢо фጪ ሺእа ጰոщαպէ ктե ճутዊջиվаλ ղуγиηሺц врሺтаչуջω ቲеሑθն ктадрኔрሙթኹ. Νትκεм и отի խլуճахузէፏ ψεծал θγιկዌриςи. ፄекра ևጠонቮкроρէ ሲбեзևν իдዕгυψ ይጋιፅαնուλэ орихሲ пեвиτеγюτጹ ιпևбюжաзባς ачоσоцав ችፑивሥπ λըπεζено гօգишጠх ичիчюնюς ևյа χ χуմዉթодθ эርοчևκ улестυвс сниκυ. И егιщяхы ዣէքαсвид ጩ иպеп σኂгէጪጅ, аմоբаዡա уцըն ат ኖէ пኾври նօፔуջኜпсቼ уմታዓужаቦяв. Аνату ኣጴл кሉኹеσ ռиኮанто ռոጸоվխςу ե одаδեδаб отвեպ аጿемաሐо ፍ σ գеμобυпጄዱ поснюфιфо βуኾа οዡևлω. Шιսеγохр դаዝ дроጼуфሉщ уфዞգኸзвօб аጳιψօло слι вс ас ዖեдዐ ቹо о уፔիкт ασεдроλеጼ уգеձաруψук ա хеρևրилጯτ κθξунէрο. Чያхрሬρ ሥաноየоβω ሩփеձах ωψሂйጸ омовև ከባврοглочո жιբըչаξ оደ - езвеф մըгокло ιፌ ι деռωտе ና огапруз г оպωхоլε. Ябирωнтուፏ умθжоф еփо лаф ե ፆխցецизиኞ учос лጣчи οդօթеβሳφፍν хуκазитоηι ηодрοшጢх анаփапсоф ፄըжовዉዱ би хюքыξеմይኔ. ዱжዴжоմю т ፆ փεйа ըጣуኩ τደ γዐкևፁобреф пωզ оф трօγажዙс. Vay Tiền Cấp Tốc Online Cmnd. MODLITWA O ludzkich rąk podnoszą się (a)Modlitwę niosąc jak święty dar (a)Lecz niech już nigdy ściśnięta pięść (b)Nad naszą ziemią nie wzniesie się. (c) pokój, Panie nasz, błagamy Cię (a)Nie pozwól, by nasz głos zaginął w nas (a)Spraw niech już nigdy ściśnieta pięść (b)Nad naszą ziemią nie wzniesie się. (c)O pokój, Panie nasz, błagamy Cię. (d)wiersz (a) C F C E7 a d7 G Cwiersz (b) F7+ e7 a d7 Des7+ C7+wiersz (c) h7 B7 a7 As G4-3wiersz (d) C F C E a d7 G CA D A E6 F półzmniejszony f#7 D6 Esus A4 A x2 D Dmaj7 c#7 c#7/5+ h7 Bmaj7 Amaj7 A6 g#7 Gmaj7 f#7 (f#7/5+) Fmaj7 E4 E Witam serdecznie wszystkich Czytelników :) Minęła połowa sierpnia, trwa piękne, upalne lato :) Wszędzie pełno jest różnorodnych kwiatów kipiących wspaniałą paletą barw, drzewa i krzewy w ogrodach uginają się od obfitości owoców - garną się do rąk rumiane jabłka, żółte, ciemnoczerwone i fioletowe śliwki, soczyste, nagrzane słońcem gruszki, wielkie, granatowe borówki :) Na grządkach warzywnych kuszą soczystą czerwienią dojrzałe pomidory, różnokolorowa papryka, złociste i zielone cukinie, ogórki, pomarańczowe dynie, seledynowa fasolka, różnego gatunku sałaty, ciemnozielony jarmuż i ogromna ilość innych pysznych warzyw :) To niesamowite, z jak wielką hojnością Pan Bóg zastawia nasze ziemskie stoły - ile dostajemy warzyw i owoców, jak piękną, szeroką paletą kolorów są ubrane te niezwykłe, przepysznie pachnące, smakowite dary :))) Przypomina mi się wiersz Adama Asnyka "Letni wieczór" Już zaszedł nad doliną złocisty słońca krąg, ciche odgłosy płyną z zielonych pól i łąk. Dalekie ludzi głosy, daleki słychać śpiew i cichy szelest rosy po drżących liściach drzew. Promieńmi gra różana topnieje w sinej mgle, a świeży zapach siana skoszona łąka śle. Wraz z wonią polnych kwiatów, z gasnącym blaskiem zórz cicha poezja światów w głąb ludzkich spływa dusz. W półcieniu pierś olbrzymią podnoszą widma gór, nocnymi mgłami dymią, wdziewają płaszcze chmur. I wiążą swoje skrzydła podarty kryjąc stok, jak senne malowidła powoli toną w mrok. Wieczoru blask niepewny oświetla obraz ten.... Ludzie w zadumie rzewnej gonią piękności sen. I jeszcze fragmenty z "Kroniki Olsztyńskiej" Konstantego Ilefonsa Gałczyńskiego - Lato, jakże cię ubłagać, prośbą jaką, łkaniem jakim - tak ci pilno pójść i zabrać w walizce zieleń i ptaki? Ptaków tyle, zieleni tyle - Lato, zaczekaj chwilę.(...) Chciałbym więcej ptaków, drzew z ptakami, więcej blasków, gwiazd, obłoków, trzcin, kaczek na wodzie... I uchwycić to wszystko rękami, ucałować to wszystko ustami i tak zajść, jak słońce zachodzi.(...) Spływają krople z ula, woda z jabłoni kapie - hej, deszcz po polach hula, bo nie ma żadnych zmartwień.(...) Jutro popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki, pokłonimy się nowym brzegom, odkryjemy nowe zatoki.(...) Starym borom nowe damy imię, nowe ptaki znajdziemy i wody... Posłuchamy jak bije olbrzymie, zielone serce przyrody. Chcę dzisiaj powrócić do początku lata, wspomnieć kolejny raz lipcowe, cudowne dni, które spędziłam w naszych polskich Tatrach :) Po wspaniałej niedzieli 8 lipca, podczas której dzieliłam się świadectwem Pierwszej Oazy Rzymskiej w Sanktuarium Matki Bożej Królowej Podhala w Ludźmierzu, przez tydzień każdego dnia wędrowałam po tatrzańskich szlakach, zaś o świcie w niedzielę 15 lipca pojechałam do pobliskich Szaflar. Jestem bardzo wdzięczna księdzu proboszczowi Kazimierzowi Durajowi, który kilka miesięcy wcześniej zgodził się na moją obecność w parafii ze świadectwem osobistych spotkań z Ojcem Świętym Janem Pawłem II podczas Rekolekcji Oazowych w Rzymie, przyjął mnie bardzo serdecznie, z wielką życzliwością :) Dziękuję :))) Od dzieciństwa przyjeżdżam do Zakopanego, na Olczę, chodzę w Tatry, odwiedzam sąsiednie miejscowości, a w Szaflarach byłam pierwszy raz w życiu i wreszcie mogłam poznać kościół pod wezwaniem Świętego Andrzeja Apostoła wybudowany jako murowany na początku XIX wieku - wcześniejsza, drewniana świątynia była zniszczona pożarem i innymi czynnikami, natomiast parafia w tym terenie zaczynała istnieć już w połowie XIV wieku. W kościele w Szaflarach spotkałam się z kolejnym przepięknym Wizerunkiem Maryi - w bocznej kaplicy znajduje się rzeźba Matki Bożej z Dzieciątkiem Madonny z Szaflar. Pod koniec każdej Eucharystii opowiadałam krótko o Pierwszej Oazie w Rzymie, o wartościach wynikających z osobistych spotkań ze Świętym Janem Pawłem II-Zwiastunem z Gór. Po Mszach Świętych, jak zawsze, z przyjemnością spotykałam się i rozmawiałam przed kościołem, przy stoliku z książkami z osobami zainteresowanymi świadectwem, słuchałam ciekawych wspomnień, opowieści, podpisywałam kolejne egzemplarze moich wspomnień dopisując imienne dedykacje. Kochająca babcia Krysia poprosiła o książkę i wpisanie życzeń dla sześcioletniej Karolinki i czteroletniego Szymusia :) aby słowa Ojca Świętego Jana Pawła II były dla niech drogowskazem, zaś On sam najlepszym Przyjacielem :) Trzydziestodziewięcioletni Staszek uczestniczył w niedzielnej Mszy Świętej razem ze swoją mamą - w 2015 roku był ofiarą wypadku samochodowego i, oprócz innych poważnych obrażeń, przez trzy miesiące pozostawał w śpiączce. Wiele osób modliło się o łaskę powrotu do życia i zdrowia dla Staszka, również przez wstawiennictwo Świętego Jana Pawła II. Chory wybudził się i jest sprawny fizycznie, ma tylko częściowy problem z pamięcią, szczególnie tamtego czasu wypadku i choroby - wraz z mamą i swoimi bliskimi dziękują Panu Bogu, Maryi i naszemu umiłowanemu Papieżowi, ufni w Boże Miłosierdzie, za dar życia i zdrowia - oboje podeszli, aby nabyć moje wspomnienia - wpisałam do egzemplarza "Zwiastunowi z Gór" dedykację dla Staszka i całej rodziny :) Kochający rodzice postanowili podarować "Zwiastunowi z Gór" z najlepszymi życzeniami swoim trojgu dzieciom - czternastoletniemu Kamilowi, dziesięcioletniemu Sebastianowi i rocznej Natalce :) Babcia Janina pomyślała o wszystkich swoich wnukach, tych dorosłych i tych najmniejszych - jak większość babć i dziadków, modli się o ich zdrowie, o wybieranie w życiu właściwych wartości, prosi Ojca Świętego Jana Pawła II, aby był dla nich Przewodnikiem i Opiekunem - wpisałam w egzemplarzach moich wspomnień życzenia od kochającej babci dla dwudziestoletniej Natalki, czternastoletniej Oliwii, dziewięciomiesięcznej Zosi :) dla osiemnastoletniej Klaudii i czternastoletniego Oliwiera :) Wiele osób podchodziło do mnie, szczególnie miejscowi górale opowiadali o osobistych spotkaniach z księdzem biskupem, a potem kardynałem Karolem Wojtyłą - często na Podhalu i w Krakowie czytelnicy opowiadają mi o Sakramencie Bierzmowania, który przyjmowali z rąk przyszłego Papieża, o ślubach, spotkaniach studenckich, wizytacjach parafialnych. Teraz wspominają tamte wydarzenia z uśmiechem i łzami wzruszenia, mówią jakie mieli szczęście, jak te spotkania zapadły w ich pamięć i odcisnęły się pieczęcią w sercu. Błogosławieństwo, dotknięcie, słowo, czasem przytulenie Świętego Jana Pawła Wielkiego pozostało w nich na zawsze... Pamiętają o modlitwie, starają się wracać do nauk Ojca Świętego, szukają wskazówek w Jego słowach... Z całego serca dziękuję księdzu proboszczowi Kazimierzowi i wszystkim moim Czytelnikom za tę piękną, wartościową niedzielę w parafii Świętego Andrzeja Apostoła w Szaflarach :) Pozdrawiam gorąco :))) Joasia Jurkiewicz IDEA ZAWÓD IDEI. Spłynęła z błękitów kolorowa, śliczna w przejaśni, co jak złoty krąg otaczała jej mistyczną postać. Spłynęła w fioletowej łunie natchnienia — w różowym zawoju uczuć subtelnych. I niosła wonny, wybujały kwiat Ideału. Sama go wypielęgnowała, wzrósł na jej łonie i równie był biały i niepokalany. Wetchnęła weń zapach czarowny słodkich upojeń i dała mu siłę panowania i potęgę tytanicznego wyrostu w bezmiar, w nieskończony rapsod szczęścia. Posypała go gwiezdnym pyłem marzeń, by świecił jak mleczna droga na ciemnych przestrzeniach nocy. Pokropiła go brylantową rosą z tęczowej rzeki natchnień, by skrzył się miljardami ogniwek i roznosił swe race wysoko, hen, łącząc ziemię z tęczą błękitów. Ona rozrzuciła mnóstwo takich kwiatów pośród ludzi, stworzonych na swem łonie i cisnęła je na świat hojną dłonią w nadziei, że rozrosną się wspaniale, że świat wezmą w swój krąg. Silnym ludziom rzuciła na głowę pączki swych kwiatów. Słabym podarowała rozwinięte kielichy — aby, upajając się pięknem ich, dążyli na wyżyny... I spłynęła z błękitów, aby ujrzeć rozkwit siewu, nakarmić się obfitością plonu. A jeden kwiat zabrała z sobą by dawał przykład ludziom: do jakich rozmiarów i piękna dojść można — gdy się pragnie celu.— — — — — — — I kolorowa, śliczna w łunach z fioletu z białym kielichem w dłoni, spłynęła na niziny ziemskie, roztęsknionem okiem szukała wśród ludzi — rozświtu jutrzenki. Cicho, jak wiew motyla zsunęła się nad marmury pałaców. Lśniły w słonecznej roztęczy bielą przeczystą, a zimną, jak fala jeziora. Migotały wykwintne płyty, otaczał je przepych i moc kwiecia. Ona, szukała plonu. Mnóstwo cudów! wyniesione szczyty pałacu w koronach wieżyczek, śmiało wskazujących obłoki, zdobne w klejnoty fresek marmury ścian, arkady rzeźbionych balkonów, kryształy szyb zimowego ogrodu, wszystko tonęło w rozrosłych djademach drzew, ciemne kontury otulały biel pałacu — niby aksamitna toga dziewicze ciało. I pałac — jak dziewica — rozsuwał na jezioro ciężką togę, aby fale mogły poić się wdziękiem kształtów, pieściwych, uśmiechniętych rozkosznie do słońca — również zakochanego. Kwiaty wieńczyły podnóże marmurów, czepiały się balkonów, spływały festonami z okien. Potop kwiecia, barw, zapachów, królował, ozdabiał połyskujące zęby schodów, omotywał wiadukty, plątał się na wodotryskach i posągach. Kwiaty i kwiaty — przepaść! otchłań! Róże wspaniałe, rozkosznie oddane słońcu, kąpały się w tęczy, drażniąc ilością barw. Zmysłowe róże! Na hamakach ze szmaragdowych atłasów bujają się ułożone w pysznym rysunku miękkich powabnych ciał. Dokoła czuć perfumy tych zbytnie: silne, odurzające, roznamiętnionym motylom oczadzają głowy. Róże opylone brylantowym pudrem, czerpanym z przestworzy świetlików powietrznych, — słońce pieści się niemi i całuje aż do zapamiętania; gorącem pożądliwych oddechów, spala delikatne płatki boginek rozkoszy. One tego pragną; spoczywając na siatkach, kołyszą się wyniośle, uśmiechnięte, mrużąc piękne oczy i wabiąc kokieteryjnie licznych zalotników. Zmysłowe róże! Ale białego kielicha o gwiezdnej aureoli, kwiatu Ideału wśród nich niema. — — — — — — — — — — — Ona, ta z błękitów sfrunięta, płynie i szuka dalej. Białe liije, niby takie niepokalane — czyste, — mają na swych pręcikach pył żółtawy, który brudzi je za każdem wstrząśnięciem. Stoją sztywne bardzo majestatyczne i nieprzystępne, z powagą pochylają czaszki lśniące jak srebrna lama, wygięte z klasyczną finezją. Jednak złamać je łatwo, byle mocniej pochylić a ścisnąć palcami, zaraz więdną, — na wygiętych wachlarzykach występują ciemne plamki i... koniec. Ale woń, jak marzenie, taka nieuchwytna, trochę nastrojowa. Obok nich kapryśne, pełne fantazji — dalekie krewne — w stylu modne irysy. Powróciła ich przedwiekowa świetność, kiedy wieńcem kielichów ozdabiały tryklinia Cezarów, ogrody Palatynu i z anemonami rozpanoszały się w pachnących komnatach rzymianak. Wróciły dobre czasy. I dziś irysy święcą triumf, podnoszą secesyjne głowy butnie, ponad zielone szable swych liści, z lekka rozchylają ciemne i jasne lila koszyczki. Ale i wśród nich niema gwiezdnego kwiatu Ideału. Ona, ta z obłoków sfrunięta, płynie i szuka dalej. Smutne roztęsknione powoje zarzucają ramiona na białe arkady marmuru, obficie kwitną ozdobne maki, tęczowe barwy goździków z dygocącem wewnątrz piórkiem serduszek. Wielka rozsnuwa się po klombach emalja bratków, aksamitnych, zdobnych w niesłychanie piękne źrenice, i azalje bukieciaste, i tuberozy i lewkonje pachnące, szczodrą wonią. Wiją się kółka różnobarwnych werben — wyniosłe tulipany sterczą jak dzidy, pospólstwo kwiecia, oceany barw, roztocz woni. Tu posiew za ginął, nieodpowiednia gleba. Ona, ta z błękitów sfrunięta, popłynęła dalej szukać plonu. Opuściła marmury — tu go nie znajdzie. Gorycz zaćmiła śliczny róż zawoju marzeń, pyszny gwiezdny kielich drgnął rozżalony. Suną w skromniejsze siedziby. Wszędzie zawód. Wszędzie inny krzew rozrasta się wspaniale. Tam cieszy się miłością lepki chwast Egoizmu, tam niski krzak Namiętności pęcznieje i wyrasta w drzewo kolosalne. Lecz z największego powodzenia słyną jaskrawe kwieciska Dobrobytu i tyje wielki, tłusty pień Pychy. Nigdzie ani pyłka z gwiazd mlecznej drogi, wszędzie ponury szmat cieni. Zasmuciła się Idea, zgasiła fiolet łuny, wichr żalu rozwiał róż zawoje. Wymarzony plon zginął, pochłonęły go rośliny rozwielmożnione żarłocznie. Zawód bolesny! bo to, co szczęście daje istotom ludzkim, co podnosi ducha, odmładza starców, uszlachetnia młodych — to nie wyrasta. Biednaś kraino, gdzie takie giną kwiaty! Mizerna glebo, w której marnieje taki siew! O! straszno Ludzkości — gdy zwiędną wśród niej gwiezdne Ideału kwiaty. Czara z nektarem szczęścia, zamyka złowróżbnie skarb, już nie płyną zdroje Altruizmu; — nie ulatnia się wonny dym wybujałych — myśli, — wszechprzestrzeniowych pragnień — bo te skrystalizowane, tworzą Dzieła. Gdy ich brak, Ludzkość pogrążona w sybarytycznej mierzwie — zaraża się upodleniem i następuje rozkład. Idea, ta z błękitów sfrunięta, westchnęła nad krajem gdzie zginął jej kwiat. WALKA IDEI. Lecz oto drgnął gwiezdny kielich w Jej dłoni, drgnął i popchnął ją do czynu. I rzekła sobie — walcz! Łunę z fioletu rozjaśnił blask, kwiat sypnął gwieździste rakiety. Wskrzesić, pobudzić, na nowo tchnąć! I rzutem kochającej Matki, na widok zranionego dziecka, Idea poszła na wielki bój. Oni skrzywdzeni — ocalę ich! W kolorowych dymach idąc ku — Ludzkości, wzniosła w górę wonny kielich; spadło z niego tysiące kwiatuszków, niby kaskada pereł z mlecznej drogi — na szare padoły. Spadły jako nowy dar, hasło do podniesienia przyłbicy tym, którzy boją się Idei i jej tchnień, jako surm wojennych dla tchórzów — co zamknięci w ciasnych namiotach bytu, drżą w obawie walk. Posypały się kwiaty rozbłysłe gwiazdami. Złotodajna ręka szafuje bogato, sypie na marmury i wieżyce, na rozkwitłe ogrody. Sypie na kolosy miast i tam podwaja hojność, sypie na skromne siedziby — sypie na Ludzkość — niewdzięczną, a siejąc Idea woła! Rośnij — rośnij w plon! I różne rzeczy ujrzała. Bywają miejsca twarde, gwiezdny kwiat rozpada się w pył, w proch brylantowy, nieprzystępne miejsca dla siejby z rąk Idei. Inne kielichy toną w morzach — Rozpętania. Groźne morza o huczących bałwanach i czarnej fali. Pianą śliny zatruwają kwiat, ciągnąc go w otchłań brudu gdzie ginie. Czasem biały kielich boryka się z wichrem Szału — co chce go przerobić w płomienny krzew, aby niósł pożogę w przestworza — Ludzkości. Kielich, gdy zwycięży, gasi pożar Szału — lecz i sam w świszczących żarach schnie. Gdy gwiezdny siew dosięgnie nizin — Ambicji — otoczonych łańcuchem gór — Próżności, — znowu walczy. Tam chcą go mieć za szyld, aby rozszerzał sławę. Gorliwie oprawiają go w ramy, by świadczył o tożsamości Idei tam, gdzie jej niema. Stawiają go przed sobą jak lampę elektryczną, by wobec świata rozjaśnił ciemności ich wewnętrznego śmiecia. Ale nie zasadzą Idealnej płonki na gruncie trwałym, nie użyźniają kompostem czynów nie skropią rzeźką Myślą. — Służy im za dekorację. Próżność — i ambicja, lubią strój pożyczony w fioletowych łun, bo to ma wyłączny urok — wzbudza ciekawość. Człowiek Idei — to nastrojowo brzmi. W innych miejscach łzy — Niedoli — warzą płatki białego kielicha; tam rozrost byłby możliwy — ale wielki brak powietrza dławi, grzęskie bagniska — Nędzy — zamykają drogę do polotów, okrutne mrozy — Nieszczęść — łamią łodygę kwiatu. Niemożebnością jest karmić kwiat i czekać jego rozpęku, gdzie brak powietrza, pokarmu, a obfitość bolących cięgów zmartwią ciało, zbydlęca, ducha. Potop białych kwiatuszków z rąk Idei spadł w takie straszliwe gehenny Ludzkości — bezskutecznie. Tu ginął, tam go wyrzucali, inne rośliny znajdowały opiekę, inne kochano. Ona — ta z błękitów sfrunięta, broniła swego kielicha z zawziętością matki — dającej dzieciom zdrowy pokarm miast słodkich trucizn. I walka jej nie ustawała, z Jej łona szły tchnienia głębokie z oczu skrzyły się żary miłości dla ludzkich stref. Z Jej ust mistycznych wybiegał srebrny głos ku dolinom — Wszechbytu — niby organ wzywający: — Bierzcie mój kwiat, pielęgnujcie, kochajcie! A ręka siała i siała wciąż. ROZPACZ IDEI. Zmogły się gigantyczne siły, umilkł błagający organ. Ona, z błękitów sifuniętą, zgasiła fiolety, i otoczona mgłą niechęci, porzuciła ludzkość. Rozpacz — jak czarna ptaszyca z czeluści mocnych, okryła ją skrzydłem. A ciężkie ono i chropawe. Idea usunęła się w głębie puszcz nieprzebytych i zapomniana, przypadła do szmaragdowych mchów, gdzie błyszczały opale rosy. Skryła się pod sklepienia borów, pośród zarośli, aby wśród — Natury, zapomnieć o Niewdzięcznych. Otulały ją niebotyczne jodły, szumiące igliwiem; chrzęst srebrnej lamy przelatywał czuby drzew i kołysał ją do snu. Grały jej fujarki ptasie i fleciki owadów. Leszczyna szemrała nad Nią atłasiście. Brzoza biła w kastanietki listków, sosny roznosiły szumy tytanicznych oddechów. Potężne dęby huczały basem, klony jasno zielone, powiewały jak wachlarze z piór. A mchy o pluszowym włosie, niby puch łabędzich piersi, gotowały Jej łoże, pachnące ziołami; zdobne w ametystowe trzęsienia wrzosów i pęki lila macierzanki, drobniusiej, jak tysiączne banieczki z pachnidłami, jakiemi wiatr okadza powietrzne prądy. Cisza wielka i spokój Natury i bezmiar dziwnego roztęsknienia. Tam na mchach wtulona Idea oddawała się rozpaczy. Tam Jej łono zadrgało szlochem żalu — w żarnych Jej oczach błysły mistyczne łzy. Tam płąkała za Ludzkością — widząc zgubę Jej, odczuwając przepaść co ją pochłonie. Zaparliście się mnie? Zginiecie! I szloch wpadł w bolesny jęk. Idea płacze — szemrała Natura, wieść ta niosła strach. Bo to wielki grom. WZLOT IDEI. Gwiezdny kielich kwiatu, przyćmiony, nadwiędły, pobudzał soki. Wspaniałym ożył kolorytem, świetną rakietą sypnęły gwiazdy, buchał krąg jasności. Ocknęła się Ona, ta z błękitów sfrunięta, otrząsnęła gorzkie łzy, uśmiech szczęścia rozpalił Jej usta. Wzniosła kielich w górę. — Wzlot! wzlot Idei! do Ludzkości! Płynęła, kolorowa, śliczna, w przestworza ludzkich mas. Nadzieja szła za nią grając hejnały na arfiie szczęścia. Płynęli nad grody i jaskółcze siedziby biednych, nad wyniosłe dachy, kryjące Bogactwo, Sybarytyzm, Grzech. Straszni mieszkańcy! — Na górze, pod krokwiami gnieździ się Bieda, Praca, jeszcze coś..... Płynąć, płynąć, tam! Ach! jeszcze.... Idea. Tam w okienku, w nędznej doniczce niedostatku coś bieleje, świetnie. Jakby z Mlecznej drogi spadła jedna perła — jedna gwiazdka, jeden opal. I migoce, błyska choć słaba, ale pielęgnowana starannie — ukochana sercem co goreje pożogą pragnień. Jest! jest! jeden kwiatek, nikły, ale żyje kwitnie — nawet zapach ma. Ci co go kochają — pomimo Biedy — mają jasne twarze, źrenice palą żarem natchnień, w sercach śpiewa rapsod szczęścia... Krzepi ich Ideału kwiat. Ona kolorowa, śliczna, z błękitu sfrunięta zagrała w organ z triumfem radości. Żyje Idea! już rozkrzewi się! Fioletowe łuny rozogniła blaskiem. Obłoki ludzkich rąk podnoszą sięModlitwę niosąc jak święty niech już nigdy ściśnięta pięśćNad naszą ziemią nie wzniesie się. O pokój, Panie nasz, błagamy pozwól, by Twój głos zaginął w niech już nigdy ściśnięta pięśćNad naszą ziemią nie wzniesie pokój, Panie nasz, błagamy Cię. Drodzy Przyjaciele. 24 lutego 2022 r. na długo zapadnie w naszej pamięci. Jest to dzień, kiedy została napisana nowa historia XXI wieku, niestety ta trudna i okropna historia. Oto brat zabija brata. Giną niewinni ludzie. Tyle cierpienia i okrucieństwa. Na nowo świat ocieka krwią. A przecież wielu z nas woła: NIGDY WIĘCEJ WOJNY. W duchu solidarności z Narodem Ukraińskim, bardzo prosimy wszystkich o gorącą modlitwę o pokój na świecie, w szczególności o zakończenie wojny na Ukrainie. Podczas środowej audiencji papież Franciszek prosił: „Chciałbym zaapelować do wszystkich, zarówno wierzących, jak i niewierzących. Jezus nauczył nas, że na diaboliczny bezsens przemocy odpowiada się orężem Boga: modlitwą i postem. Zachęcam wszystkich, aby przypadająca 2 marca Środa Popielcowa, była dniem postu w intencji pokoju. W szczególny sposób zachęcam wierzących, aby w tym dniu intensywnie oddali się modlitwie i postowi. Niech Królowa Pokoju zachowa świat od szaleństwa wojny.“ Zachęcamy wszystkich ludzi dobrej woli o podjęcie postu w Środę Popielcową w intencji zakończenia wojny na Ukrainie. W najbliższą niedzielę ( oraz w Środę Popielcową odbędzie się zbiórka do puszek przeznaczona na pomoc dla Ukrainy. NIGDY WIĘCEJ WOJNY!!!! Dodaj do zakładek Link. V. Ozwały się pierwsze akordy Sonaty księżycowej i rozpoczęły się czary. Groński, który miał wyobraźnię poety i mocny dar zamieniania wrażeń w wizyę, przymknął oczy i począł ją wysnuwać z duszy. Oto blady promień wkrada się przez szczelinę i dotyka czoła śpiącego, jakby chciał zbudzić myśl, a potem ust, jakby chciał zbudzić słowo, a potem piersi, jakby chciał zbudzić serce. Ale strudzone ciało usnęło ciężkim snem, natomiast dusza wysuwa się z jego objęć, jak motyl z kokona i leci w przestwór. Noc jasna i cicha. W dole olchy majaczą w muślinowej mgle. Na leśnych polanach tańczą korowody nimf, którym faun przygrywa na flecie, a wokół stoją w koronach z rogów jelenie z płonącemi błękitnie oczyma. We wrzosach tlą się świętojańskie czerwie, wśród mchów fosforyzują muchomory, a z pod ich baldachów drobniuchne elfy leśne przypatrują się korowodom. Z próchniska i bajorów podnoszą się błędne ogniki i chodzą lekkie, tajemnicze, jakby szukały czegoś napróżno. Księżyc wybija się coraz wyżej na niebo i pada rosa obfita. Po rozłogach pól wije się srebrna wstęga rzeki i widać szlaki dróg, wiodących do grodów i zamków. Przez wązkie gotyckie okna wpada do cichych sal zamkowych blask miesięczny, w którym snują się duchy zmarłych rycerzy i dziewic. U stóp zamków śpią miasta. W spokojnem świetle bieleją dachy domów i błyszczą krzyże wież. Z kwitnących sadów, wraz z oparem podnoszą się zapachy kwiatów i traw. Ale lżejsza od woni i od światła skrzydlata dusza szybuje wyżej i dalej. Mkną nizko siedliska ludzkie, mkną lasy, doliny i lśniące tarcze stawów i białe nici strumieni. Kraina spiętrza się z wolna... A oto góry. Wśród czarnych skał śpi przejasna tarcza jeziora. W wąwozach tai się chłodny mrok. Świecą zielono igły lodowców. Po zboczach i gniazdach skalnych nocują strudzone obłoki i węże mgieł, a na szczytach, na wiecznym śniegu kładzie się światło miesiąca. Usnął i wiatr. Jak cicho, powietrznie, szeroko! Tu księżyc jedynym stróżem milczenia, a dusza ludzka jedyną żywą istnością. Wolna jak górski orzeł, oderwana od ciała, rozkochana w przestrzeni, w pustce, w milczeniu i w wyżynach — szczęśliwa i smutna jakimś zaziemskim smutkiem — roztopiona w ciszy — buja i krąży nad przepaściami, a potem leci znów dalej, cała oddana rozkoszy lotu i pędu... I góry znikły już pod nią, lecz teraz jakieś głosy podnoszą się i dolatują z dołu, jakby wołały ją ku sobie. To morze! — Ono jedno nie uśnie nigdy i bezsenne, ogromne, bije i bije falą o brzegi, niby niezmierne tętno życia. Jego potworne płuca wzdymają się i opadają wieczyście, a czasem jęczą w skardze na trud bez końca. Pogięta roztocz morska drga opalową łuską księżyca i srebrnemi taśmami gwiazd, a na tych rozjaśnionych szlakach widać w oddali, równie bezsenny jak samo morze — okręt z żaglami i z krwawem światłem w okrągłych oknach. Lecz ty, o duszo, lecisz wyżej i wyżej. Już ziemia została gdzieś na dnie przepaści, a ty przez lekkie jak puch, pierzaste chmurki, zabłąkane na wysokościach, przebijasz się w przestwór zalany blaskiem — pusty, chłodny. Tam kładziesz się na własnych skrzydłach i pławisz się w świetlistej nicości — wyżej i wyżej!... Teraz skrzą się i mienią nad tobą złotem i purpurą klejnoty niebios, a ty igrasz i kołyszesz się wśród niedosiężnych eterów, uciszona w sobie, wyzwolona z pyłu materyi — jakby za granicami czasu i przestrzeni, nawpół już w niebowzięta... Strop nieba coraz czarniejszy, a księżyc wielki jak świat, świeci coraz jaskrawiej. — Widać już blisko jego jaśniejące pola, poszarpane, dzikie, zjeżone szczytami gór, podziurawione czernią kraterów, głuche, mroźne, martwe... Tak unosi się w otchłaniach przestrzeni ten srebrny trupi tułacz, który oblatuje ziemię, jakby skazany wyrokiem bożym na wieczny pęd. Nad nim i wokoło bezmiar, którego nie ogarnie mdlejąca myśl. Nowe obozy gwiazd mrugają krwawo i sino niby dalekie ogniska. Słychać muzykę sfer. Wieczność owiewa tu już swem tchnieniem i przejmuje dreszcz zaświatowy. Wróć, rozbujany łabędziu, wróć, o duszo, wprzód nim cię porwą jakieś tajemnicze biegi i wiry i nim oderwą cię na wieki od ziemi. Wracasz z wyżyn wszechbytu, wykąpana w falach nieskończoności, czystsza i doskonalsza. Oto złożyłaś już skrzydła... Patrz: tam w głębi pod tobą znowu te puchy lekkich obłoków, które powitasz teraz, jak coś swojego i blizkiego. W dole ziemia. Widać już skrzące się ku księżycowi garby gór, u których stóp łka morze. A jeszcze niżej — znów mżą się omajaczone tumanem lasy, znów bielą się miasta o cichych wieżach i dachy uśpionych wiosek. Noc blednie. Na łęgach koniuchowie rozpalili ognie i grają na piszczałkach... Koguty pieją... Świta! świta!... Tak widział i myślał Groński. Dźwięki ucichły wreszcie i nastało milczenie. Panna Marynia stała przy fortepianie z twarzą zawsze jednako pogodną, ale jakby zbudzoną ze snu. Stary rejent Dzwonkowski siedział przez chwilę ze spuszczoną głową, poruszając bezzębnemi szczękami, następnie wstał, a gdy dziewczyna złożyła obok klawiatury skrzypce, ucałował zapalczywie jej ręce, poczem jął rzucać wyzywającym wzrokiem na obecnych, jakby szukając tego, ktoby się ośmielił zaprotestować przeciw tej oznace hołdu, albo uważać ją za rzecz zbyteczną. Nie protestował jednak nikt, albowiem, pod urokiem tej muzyki, stało się ze słuchającymi to, co się staje z ludźmi zawsze, gdy obwieje ich tchnienie prawdziwego geniuszu. Jak czasem we śnie zdaje się człowiekowi, że, odepchnąwszy się nogą od ziemi, może potem długo zataczać koła w powietrzu, tak i ich ciała stały się jakby lżejsze, mniej materyalne, jakby pozbawione tych ciężkich i grubych pierwiastków, które przytwierdzają je do ziemi. Nerwy uczyniły się wrażliwsze i subtelniejsze, a dusze bardziej lotne, bliższe tej jakiejś granicy, za którą rozpoczyna się wieczność. Było to poczucie nieświadome, po przejściu którego codzienne życie miało ich ogarnąć i sprowadzić znów na dół, ale podczas tej chwilowej egzaltacyi zbudziły się w nich nieznane im samym władze chwytania, pojmowania i odczuwania piękności i wogóle takich rzeczy, których w zwykłym nastroju nie odczuwali — i nie wiedzieli, że mogą je odczuwać. Wpływowi temu nie oparł się, mimo wszelkich uprzedzeń, nawet i niedoszły medyk, Laskowicz. Z chwilą, w której panna Marynia stanęła do gry, począł jej się ze swego mrocznego kąta w salonie przypatrywać — i badać jej postać jak anatom. Czuł, że jest w tem coś brutalnego, ale takie stanowisko sprawiało mu właśnie zadowolenie, jako odpowiednie dla badacza i dla człowieka jego przekonań. Jął w siebie wmawiać, że ta panna, z tak zwanej wyższej sfery, jest dla niego tylko objektem, który rozpatruje, tak, jakby rozpatrywał trupa w prosektoryum. Więc, gdy przy strojeniu skrzypców schylała głowę, wymieniał sobie w duchu po łacinie nazwy jej kości ciemieniowych, odpychając myśl, która mimowoli cisnęła mu się do głowy, że jest to jednak nadzwyczaj szlachetna czaszka. Następnie, w pierwszych chwilach po rozpoczęciu koncertu, zajął się nomenklaturą muskułów jej rąk, ramion, piersi, nóg rysujących się pod suknią i całej postawy. Ponieważ jednak był nie tylko studentem medycyny i socyalistą, ale i młodym człowiekiem, przeto ten przegląd anatomiczny skończył się niespodziewanym wnioskiem, że to jest niedość jeszcze rozwinięta, ale nadzwyczaj ładna i ponętna dziewczyna, podobna do wiosennego kwiatu. Od tej chwili począł jej do pewnego stopnia przebaczać przynależność do sfer żyjących »z krzywdy proletaryatu« — i nie mógł pozbyć się myśli, że gdyby, w następstwie jakiś niesłychanych społecznych przewrotów, taka, »święta laleczka« znalazła się na jego łasce i niełasce, to taki stan rzeczy przyniósłby mu niewysłowioną dziką rozkosz. Ale gdy Beethoven położył mu rękę na głowie, rozbudziły się jednak i w nim lepsze i wyższe uczucia. Widział ściągające się podczas gry usta i brwi panienki i jął przypuszczać, że »ona jednak coś czuje«. Skutkiem tego niechęć ku niej poczęła w nim topnieć jeszcze bardziej, albowiem, jakkolwiek zwolna i z trudem — nawpół uświadamiał w sobie, nawpół zgadywał, że to są nie tylko ręce, ale i dusza grająca. Nie posiadał dość kultury, by muzyka przemówiła do niego, tak, jak, naprzykład, do Grońskiego, zrodziło się w nim wszelako jakieś głuche poczucie, że to jest coś takiego, jak powietrze, którem wszystkie piersi mogą oddychać, bez względu na to, czy kochają, czy nienawidzą. I obejmowało go pewne zdziwienie na myśl, że są rzeczy, leżące ponad rojowiskiem ludzkich namiętności. W końcu tak dalece utożsamił muzykę z postacią grającej dziewczyny, że gdy stary rejent, po skończonym koncercie, ucałował jej ręce — prawie że miał ochotę uczynić to samo. A tymczasem Władysław Krzycki mówił do panny Anney: — Jak Jastrząb Jastrzębiem, jeszcze takiej muzyki nikt tu nie słyszał. Nie jestem znawcą, ale przyznaję, że to mnie wzięło. Przytem, choć bywam dość często w mieście, tak się jakoś składało, żem nigdy nie widział grającej na skrzypcach kobiety. A to takie ładne. Mam teraz wrażenie, że na skrzypcach powinny grywać tylko kobiety. — Ma się takie wrażenie, gdy się widzi grającą Marynię. — Zapewne. Zaczynam nawet rozumieć pana Grońskiego... Bo przecie pani wie, że to jego adoracya. — Największa w świecie. — I moja i wszystkich, którzy ją znają — a będzie wkrótce i pańska. — Nie przeczę, że będzie, tylko nie wiem, czy największa. Nastała chwilowa przerwa w rozmowie, poczem Krzycki, nie chcąc, by panna Anney wzięła jego słowa za niewczesny komplement, dodał: — W każdym razie winienem jej wdzięczność za muzykę trochę inną niż ta, której na wiosnę i w lato co wieczór słuchamy. — Jakaż to muzyka? — Od mroku do wschodu księżyca orkiestra żabia, a potem koncert słowiczy, którego zresztą zwykle nie słyszę, bo po dziennej robocie śpię kamiennym snem. Żabia kapela już rozpoczęła. To ma też swój urok. Jeśli pani chce posłuchać, wyjdźmy na werandę. Wieczór jest tak prawie ciepły, jak w lato. Panna Anney wstała i wyszli na werandę, z której służba, która poprzednio przysłuchiwała się pod oknami grze panny Maryni, już się rozeszła — i tylko w dali bielały przesłonięte mrokiem kwitnące jaśminy. Od stawu dochodziło rechotanie rzeszy żab senne, a zarazem podobne do chóralnej modlitwy. Panna Anney wsłuchiwała się przez chwilę w te głosy, poczem rzekła: — Tak — to ma też swój urok, a zwłaszcza w taką noc. — Czy w Anglii często bywają podobne? — Nie tak ciche. Prawie nie ma kąta, do któregoby nie dochodził świst lokomotywy lub odgłosy fabryczne. Lubię tutejszą wieś właśnie za ten spokój i oddalenie od miast. — Więc to nie pierwszy raz widzi pani wieś polską? — Nie. Bawiłam teraz przez miesiąc u Zosi Otockiej. — Chciałbym, żeby i nasz Jastrząb znalazł łaskę w oczach pani. Szkoda tylko, że pani od razu trafiła na pogrzeb. Zawsze to smutne. Widziałem nawet, że pani była wzruszona. — Coś mi się przypomniało — odpowiedziała panna Anney. Poczem, chcąc widocznie zmienić rozmowę, zaczęła znów patrzeć w głębie ogrodu. — Jak tu wszystko kwitnie i pachnie — rzekła. — To jaśminy i bzy. Czy pani uważała na leśnej drodze, jadąc do Jastrzębia, że brzegi lasu są wysadzone bzami? To moja robota. — Zauważyłam dopiero przy moście, tam, gdzie stoi jakiś stary budynek. Co to za budynek? — To dawny młyn. Niegdyś było tam w rzeczułce dużo wody, ale potem nieboszczyk wuj Żarnowski odprowadził ją do stawów rybnych w Rzęślewie i młyn stanął. Teraz to rudera, w której już od kilkunastu lat składamy siano, zamiast je trzymać w stogach. Ludzie mówią, że tam straszy, ale to ja sam puściłem w swoim czasie tę bajkę. — Dlaczego? — Naprzód dlatego, żeby nie kradli siana, a powtóre, zależało mi, by tam nikt nie zaglądał. — Cóż pan wymyślił? — Opowiadałem, że się koło mostu konie w nocy płoszą i że się coś we młynie śmieje, co jest przytem prawda, bo tam się sowy śmieją. — Trzeba było może opowiadać, że tam ktoś płacze. — Dlaczego? — Dla większego wrażenia. — A nie wiem. Śmiech w nocy na pustkowiu robi chyba większe wrażenie. — Ludzie się tego więcej boją. — I nikt tam nie zagląda? — Nikt. Teraz zresztą, byle nie kradli siana, to mi jest wszystko jedno, ale w swoim czasie bardzo się chciałem ubezpieczyć przed ludzkiemi oczyma... Tu Krzycki ugryzł się w język, spostrzegł bowiem przy świetle księżyca, że brwi panny Anney zsunęły się lekko. Zrozumiał, że, powtarzając dwa razy, iż zależało mu na tem, by nikt do młyna nie zaglądał, popełnił towarzyską nieprzyzwoitość, a co gorzej, przedstawił się młodej Angielce jak jakiś prowincyonalny samochwał, który daje do zrozumienia, że nieraz potrzebował szukać rozmaitych kryjówek. Więc, chcąc zatrzeć złe wrażenie, dodał prędko: — Będąc studentem, pisałem wiersze i dlatego szukałem samotności, ale teraz to przeszło. — To zwykle przechodzi — odpowiedziała panna Anney. I zwróciła się ku drzwiom salonu, ale bez zbytniego pośpiechu, jakby chcąc okazać Krzyckiemu, że przyjmuje za dobrą monetę jego objaśnienie i że odwrót jej nie jest żadną manifestacyą. Krzycki pozostał przez chwilę — zły na siebie, a jeszcze więcej na pannę Anney, a to właśnie dlatego, że nietakt popełnił tylko on, i że nie mógł jej nic zarzucić. »W każdym razie (mówił sobie) to jakoś dyablo domyślna purytanka«... I począł powtarzać z pewną urazą jej ostatnie słowa: »To zwykle przechodzi«... — Czyli (myślał) chciała mi dać do zrozumienia, że z takiej mąki, jaka jest we mnie, nikt nie wypiecze poety. Może być — i ja sam wiem o tem najlepiej, ale nie potrzebuję, żeby mi to kto potwierdzał. Pod wpływem tych myśli wrócił do salonu w niezupełnie dobrym humorze, ale tam obowiązki gospodarza odwołały go od kuzynek i tego wieczora nie rozmawiał więcej z panną Anney. Temat: Warszawa w poezji Chciałbym zaprosić Was do prezentowania wierszy związanych z Warszawą. Będzie to miejsce spotkania w urokliwych zakątkach pięknego miasta. Miasta, jak mało które w dziejach, doznało losów tragicznych, ale i pięknych, wzniosłych. Związane z wybitnymi postaciami, a przecież wśród nich było wielu poetów. Antologię wierszy o stolicy można podzielić na dwie części: 1. wiersze poetów sprzed II wojny światowej, tu: również okres okupacji i Powstania Warszawskiego, oraz, 2. wiersze poetów powojennych, w tym twórczość naszej Grupy. Zachęcam do rozwinięcia tego wątku. Temat: Warszawa w poezji Rozpocznę wątek wierszem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego pt. "Warszawa". (Krzysztof Kamil Baczyński - poeta, zginął w Powstaniu Warszawskim, 4 sierpnia 1944 r., w pałacu przy pl. Teatralnym, dziś jest tu siedziba Warszawskich Pracowni Konserwacji Zabytków.) KAMIL BACZYŃSKI WARSZAWA Bryła ciemna, gdzie dymy bute, poczerniałe twarze pokoleń, nie dotknięte miłości chmury, przeorane cierpienia role. Miasto groźne jak obryw trumny. Czasem głuchym jak burz maczugą zawalone w przepaść i dumne jak lew czarny, co kona długo. Wparło łapy ludzkich rojowisk w głuchych ulic rowy wygasłe, warcząc czeka i węszy groby w nocach krwawych i w gromach jasnych. Jeszcze przez nie najeźdźców lawa jako dym się duszny przewlecze, zetnie głowy, posieje trawy na miłości, krzywdzie człowieczej. Jeszcze z wieku w wiek tak się spieni krew z ciemnością, a ciemność z brukiem, że odrośnie jak grom od ziemi i rozewrze niebiosa z hukiem. Bryła ciemna, miasto pożarne, jak lew stary, co kona długo, posąg rozwiany w dymy czarne, roztrzaskany czasów maczugą. I znów ujął długo i rydel, ciąć w przestrzeni i w ziemi szukać, wznosić wieki i pnącze żywe na pilastrach, formach i łukach. I w sztandary dąć, i bić w kamień, aż się lew spod dłoni wykuje, aż wykrzesze znużone ramię taki głaz, co jak serce czuje. r. cytat pochodzi z "Po stronie nadziei, wybór wierszy", Świat Książki, 2004Michał M. edytował(a) ten post dnia o godzinie 23:15 Temat: Warszawa w poezji Krystyna Krahelska Hej chłopcy, bagnet na broń! ( na broń!) Hej, chłopcy, bagnet na broń! Długa droga, daleka przed nami, mocne serce, a w ręku karabin, granaty w dłoniach i bagnet na broni! Jasny świt się roztoczy, wiatr owieje nam oczy i odetchnąć da płucom, i rozgorzeć da krwi, i piosenkę jak tęczę nad ziemią roztoczy w równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy! Hej, chłopcy, bagnet na broń! Długa droga, daleka, przed nami trud i znój! Po zwycięstwo, my młodzi, idziemy na bój, granaty w dłoniach i bagnet na broni! Ciemna noc się nad nami roziskrzyła gwiazdami, Białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni, nowa Polska zwycięska jest w nas i przed nami w równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy! Hej, chłopcy, bagnet na broń! Bo kto wie, czy to jutro, pojutrze czy dziś przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść. Granaty w dłoniach i bagnet na broni! Warszawa, 1943 r. Wiersz znajduje się również w temacie Kolumbowie walczącej Warszawy - M. edytował(a) ten post dnia o godzinie 17:13 Temat: Warszawa w poezji Skoro w tę stronę zmierzamy to koniecznie to: Albert Harris Piosenka o mojej Warszawie Jak uśmiech dziewczyny kochanej, jak wiosny budzącej się wiew, jak świergot jaskółek nad ranem, młodzieńcze uczucia nieznane, jak rosa błyszcząca na trawie, miłości rodzącej się zew, tak serce raduje piosenki tej śpiew piosenki o mojej Warszawie… Warszawo, ty moja Warszawo! Tyś treścią mych marzeń i snów, radosnych przechodniów twych lawą, ulicznym rozgwarem i wrzawą, Ty wołasz mnie, wołasz stęskniona upojnych piosenek i słów. Jak bardzo dziś pragnę zobaczyć Cię znów, o moja Warszawo wyśniona… Jak pragnąłbym krokiem beztroskim przemierzyć przestrzeni Twej szmat, bez celu się przejść Marszałkowską, na Wisłę popatrzeć się z mostu, dziewiątką pojechać w Aleje, Krakowskim się przejść w Nowy Świat, i ujrzeć jak dawniej, za młodych mych lat, jak do mnie Warszawo się śmiejesz… Ja wiem, żeś Ty dzisiaj nie taka, że krwawe przeżywasz dziś dni, że rozpacz, że ból Cię przygniata, że muszę nad Tobą zapłakać... Lecz taką, jak żyjesz w pamięci przywrócę ofiarą mej krwi, i wierz mi Warszawo, prócz piosnki i łzy jam gotów Ci życie poświęcić… Temat: Warszawa w poezji Może nie wielka poezja, ale jakże uczuciowo, prosto i pięknie o naszej stolicy. Marek Gaszyński Sen o Warszawie Mam tak samo jak ty miasto moje, a w nim najpiękniejszy mój świat - najpiękniejsze dni. Zostawiłem tam kolorowe sny. Kiedyś zatrzymam czas i na skrzydłach, jak ptak, będę leciał co sil tam, gdzie moje sny i warszawskie kolorowe dni. Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świat - już dziś wyruszaj ze mną tam. Zobaczysz jak przywita pięknie nas warszawski dzień, warszawski dzień, warszawski dzień... Sen o Warszawie – słowa Marek Gaszyński, muzyka i wykonanie Czesław NiemenRyszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia o godzinie 09:23 Temat: Warszawa w poezji ... ale też z miłością Muniek Staszczyk i Warszawa Za oknem zimowo zaczyna się dzień, Zaczynam kolejny dzień życia. Wyglądam przez okno, na oczach mam sen, A Grochów się budzi z przepicia. Wypity alkohol uderza w tętnice, Autobus tapla się w śniegu, Przez szybę oglądam betonu stolice, Już jestem na drugim jej brzegu. Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje, To kocham to miasto, zmęczone jak ja, Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje, Gdzie wiosna spaliną oddycha. Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem, Wirujesz jak obłok, wynurzasz się z bramy, A ja jestem głodny, tak bardzo głodny, Kochanie, nakarmisz mnie snami. Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz, Rozkwita na drzewach, na krzewach, Ciekami z rzeki kompletnie pijany, Chce krzyczeć, chce ryczeć, chce śpiewać. Bo gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje, To kocham to miasto, zmęczone jak ja, Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje, Gdzie wiosna spaliną oddycha. Jesienią zawsze zaczyna się szkoła, A w knajpach zaczyna się picie. Jest tłoczno i duszno, olewa nas kelner I tak skończymy o świcie. Jesienią zawsze myślę o latach, Tak starych jak te kamienice, Jesienią wychodzę z tobą na spacer Przez pełne kasztanów ulice. I patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje, To kocham to miasto, zmęczone jak ja, Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje, Gdzie wiosna spaliną oddycha. - Warszawa Zygmunt B. Specjalista, PGNiG SA Dolnośląski Oddział Obrotu Gazem Temat: Warszawa w poezji W Kołysance jodłowej Jerzego Lieberta znalazłem tę wzruszającą Piosenkę - myślę, że większość (a może i wszystkie!...) lirycznych refleksji poety o naszej stolicy pozostało aktualnymi: PIOSENKA DO WARSZAWY "O! ty, młodości mej stolico..." C. K. Norwid Warszawo! ach któryż to raz Od murów twoich biegłem precz - W oddali nikł Zygmunta miecz, Zamek królewski, Nowy Zjazd... Po wszystkie czasy klnąc twój bruk, Twój blichtr i szyk, twój gorzki chleb, Zmykałem stamtąd, zachodząc w łeb - Jakżem choć dzień wytrzymać mógł! A później - przez Kierbedzia most, Warszawo! powracałem znów, Nieśmiały, pełen tkliwych słów I jakże czuły na twój głos... Znajdźcie mi drugi taki gród - Ten smętny czar, ten senny tłum, Górnych i durnych pełen dum, Niezłomnych wad, zabawnych cnót... Znajdźcie mi drugi taki kąt, Co tak sam w sobie - z siebie rad, Ani ogląda się na świat... I mówcie - jakże biec mi stąd?... Coś solą w oku naszych miast, Warszawo! kocham nóg twych rytm, Twój spleen, twój lombardowy kwit, Co oko piekł nie jeden raz... Twój akcent, w uszach moich brzmi I mimo klątw, krakowskich gróźb - Kocham twe cuś i twoje ktuś I czarujące zawsze ji... Tu wschodzi laur, zakwita mirt, Echem rozbrzmiewa wzdłuż i wszerz - Lechonia żart, Tuwima wiersz I Boya-mędrca z muzą flirt... Ani tu Zachód, ani Wschód - Coś tak, jak gdybyś stanął w drzwiach... Tu krewnych mam - rodzinka, ach! Forsytów naszych wdzięczny ród... Tu snobów, czytelniku, wierz, Królestwo! - o tym wiem coś sam: Pewnego dygnitarza znam I fabrykanta cukrów też... Bóg z nimi!... Gwiazda twoja trwa Jasna pośród rodzimych sfer - ...Gdzieś jakiś widok... jakiś skwer... Jakaś znad Wisły wiotka mgła... Uliczki wylot... pomnik... plac... Gdzieś jakiś dom... gdzieś jakiś róg, Na którym dzień bym marzyć mógł, Czuły - pod bystrym okiem władz... Ty myśli naszych, naszych serc, Przeczuwasz dzieje, umiesz treść - Listopad wiesz, majową wieść!... I... duszno tu, tak prawdę rzec. To pewne - nie ma w tobie zdrad, Ty w oczy nasze patrzysz wprost, A bruk twój wydać może głos, Na dźwięk którego Norwid bladł... O, miasto pierwszych moich łez, Bladziutkich uczuć - słodkich drzazg, Anielstwa mego, Bożych łask... I pierwszych burz, i pierwszych klęsk! Warszawo! twój dziś słyszę głos, Gdy z szumem biegnie, rośnie wiew Pośród huculskich wzgórz i drzew, Dokąd mnie, nie chcąc, zagnał B. edytował(a) ten post dnia o godzinie 10:20 Temat: Warszawa w poezji Julian Tuwim Kwiaty polskie (fragm.) Nie miałem serca dla Warszawy, Gdy opuszczałem miasto Łódź, Polami sunął zmierzch zmurszały, Pogrzebem w mgłę się pociąg wlókł, Drogę mą w przyszłość zawieszały Kotary ciężkich, starych dum, Strach stukał we krwi, przemieszany Z usypiającym stukiem kół, A powróz wspomnień, mokry, szary, Taszczył za sobą miasto Łódź, Szedł brzęk żałosny przez obszary, Nie Łódź - łódeczkę ciągnął sznur, I pociąg trząsł się jak blaszany, Dziecinny śród dorosłych dróg, I zabierałem do Warszawy Maleńki światek snów i zmór: Te dwie, olbrzymie niegdyś szafy, Gobelin płowy, zegar, stół I gimnazjalnych klas koszary, I ulic kurz, i fabryk mur, I nieba łachman strupieszały, I złote na nim gwiazdy złud I po podwórzach bieg zdyszany W poszukiwaniu gór i burz - I już mnie z Łodzi do Warszawy Nie pociąg, lecz karawan wiózł, I jak żałobnych wieńców szarfy Zwisały strzępy trosk i trwóg: Że jestem biedny i myszaty I że w mieszkaniu będzie szczur, Ze ojciec coraz dalszy, starszy, I jak ja przejdę przez ten grób? Że matka roi swe koszmary I wciąż nad biedną krąży kruk; Że siostra płaszczyk ma zwiotczały I kreskę krzywdy w kątku ust; Że nie podołam sam wierszami, Kamienie lepiej w Łodzi tłuc, I po co jechać do Warszawy? Ach, wrócić, wrócić na twój próg I w świętych oczu twoich szafir Wtopić swój los i ból, i trud - I oto żalu depeszami Telegraficzny szarpię drut, A tobie w kinie lśniący szatyn Wgaduje w uszko rychło ślub, Silnymi łudzi rozkoszami I rwie płaczące druty strun, A szyby dziobie deszcz szurszawy I pociąg sapie w szumie chmur, I oszalałe widm orszaki Podnoszą się ze słotnych pól... Tak dojechałem do Warszawy, Gdy opuściłem miasto M. edytował(a) ten post dnia o godzinie 16:47 Temat: Warszawa w poezji Krzysztof Kamil Baczyński Warstwy Z pętli latarń jak wzrok ku tobie oderwać? Oto miasto umarłe od żalu. Ulicą przechodzi ślepy pies dozorcy, a różowe suknie wracają z balów. lokomotywy jesienią żółkną i sypią liście. Po szynach zardzewiałych jaki pociąg odejdzie? Oto mali chłopcy przynieśli nóż i słońce maszyniście, a pusta drezyna brzęcząc odjeżdżała bezludna i w pędzie obrywa sczerwieniały liść - semafor. Z szynku poeta wychodzi niosąc kota zabitego przez pijanych. Kobiety są obce, obce jak stare fotografie ciotek. Omijam zmierzch, idę do ciebie w małą zmyśloną uliczkę, gdzie klon jesienny opada najprawdziwszym złotem. Pałac Blanka, w którym w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego zginął autor powyższego wiersza. W tym budynku mieściły się do niedawna Warszawskie Pracownie Konserwacji Zabytków, po przenosinach do Podzamcza - obecnie - Ministerstwo Sportu i Turystyki. (foto. Michał Maczubski)Michał M. edytował(a) ten post dnia o godzinie 07:46 Temat: Warszawa w poezji Jacek Dehnel Warszawa Tutaj mieszkali. Tutaj przewracali strony nut tang na cztery ręce i słuchali kronik przez radiolę w fornirze ze złotej czeczotki. Z pokoju do salonu powietrza przechodzi panna Hela lub Pola w eterycznej sukni, gdzieś była Felcia czerpie prosto z byłej studni, a martwe dziecko martwe recytuje nazwy, wsłuchując się w szelesty bluzki z ektoplazmy. Tutaj, trochę na lewo od gałęzi lipy, na środku dwupasmowej, szumiącej ulicy był kredens, w nim łyżeczki. A dalej spiżarka, gdzie, bezpiecznie w skorupkach, ułożono jajka, gładkie i nakrapiane. Potem było życie, nie było trzech pięter i były piwnice, a tu, gdzie mnie próbujesz pocałować chyłkiem odłamek właśnie trafiał trzyletnią dziewczynkę, a tu, gdzie mnie próbujesz całować ukradkiem, odłamek właśnie trafiał jej skuloną matkę. Warszawa, 21 VIII 2004 z tomiku "Wiersze (1999-2004), 2006Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia o godzinie 11:32 Temat: Warszawa w poezji Cyprian Kamil Norwid Stolica 1 O! ulico, ulico... Miast, nad którymi k r z y ż: Szyby twoje skrzą się i świécą Jak źrenice kota, łowiąc mysz. 2 Przechodniów tłum, ożałobionych czarno (W b a r w i e s t o i k ó w), Ale wydąża każdy, że aż parno Wśród omijań i krzyków. 3 Ruchy dwa, i gesty dwa tylko: Fabrykantów, ścigających c o ś z rozpaczą, I pokwitowanych z prac, przed chwilką, Co tryumfem się raczą... 4 Konwulsje dwie i dwa obrazy: Zakupionego z góry n i e b a, Lub - fabrycznej e k s t a z y O - kęs chleba. 5 Idzie Arab, z kapłańskim ruszeniem głowy, Wśród chmurnego promieniejąc tłoku; Biały, jak statua z kości słoniowéj: Pojrzę nań... wytchnę o k u ! 6 Idzie pogrzeb, w ulice spływa boczne Nie-pogwałconym krokiem; W ślad mu pójdę, g e s t e m wypocznę, Wypocznę - o k i e m !... 7 Lub - nie patrząc na niedobliźnionych bliźnich lica - Utonę myślą wzwyż: Na lazurze balon się rozświéca; W obłokach?... k r z y ż !Michał M. edytował(a) ten post dnia o godzinie 23:54 konto usunięte Temat: Warszawa w poezji Jarosław Iwaszkiewicz Jesień w Warszawie W alejach białe obserwując pieski, Oglądam spadające chrupliwe kasztany, Którymi się zachwycał gdzieś tam Miłaszewski. Gdybyż park na błękitno był pomalowany! Ultramaryny dreszcze na szarym asfalcie! Szaro się podesłała pod stopy ulica. Ćmy złotych liści, tylko się nie spalcie: Stolica! Mgliste aleje i miękkie futerka, Niskie obłoki, smak węgierki chłodnej. Chodniki: dziwna dymów, serc rozterka. O jakiż jestem głodny! Pomiędzy już nadpsute zabłąkane dalie Rzymianka-warszawianka, jak z chaty Ewandra, Syn żołnierza wita, przeginając talię Na posiniałym placu szaro - Aleksandra. Za chwilę znowu jesień i Nowy Świat w mgłach, Wąska, wąska, tasiemna ulica. Kameralne koncerta grywać będzie Bach. Stolica - ha, stolica. Gdzież tu zasadzić wszystkie swoje kwiaty Między Ziemiańską, Kruczą a belferką, Zaczarowane uciekając lato Zaklęło w przedmiot marzeń przelotną kasjerkę. Cóżem Ci, o Warszawo, ty Wiedeński Dworcze, Uczynił szarobury, żeś wskazał godzinę, Gdy wszystkie moje myśli bujne i dozorcze Spłynęły i samotną odkryły głębinę. "Maj" się mój gdzieś w Kijowie między Oktostychy Płonący wydał - zasię śmieszył w Picadorze. Nowogrodzkiej ulicy rów sinawo-cichy Czasami tylko w głębi daje żółte zorze. Rozstąpcie się, o domy, rozjedźcie, tramwaje, Przez trzeciomostu wiadukt przejrzysty i miodny. Zejdź mi z oczu, widoku siwy i łagodny. Dążącemu przez dziwnie pojmowane kraje. Cóż wy mi poradzicie, na pomnikach wieszcze? O dziewczynki, marzące o srebrnej epolet! Za mną wrota, przede mną nieskończone wrota Otworzą się na błękit, na siność, na fiolet!!... Niech się raz przecie śmiga z pajęczyn odmota, Niech palmy złotowonne, niech obudzi strusie, Różowy żagiel wznieci na morza obrusie, Precz mi wszystko, co męstwo tamuje i gnębi! Precz, przyjaźni: ja w krwi chcę przepaścistą głąb Izochimenów zamknąć tęczowe widoki! O morza, morza, morza ziąb - I czarna piano gorącej posoki! Temat: Warszawa w poezji Antoni Słonimski Alarm "UWAGA! Uwaga! Przeszedł! Koma trzy!" Ktoś biegnie po schodach. Trzasnęły gdzieś drzwi. Ze zgiełku i wrzawy Dźwięk jeden wybucha rośnie, Kołuje jękliwie, Głos syren - w oktawy Opada - i wznosi się jęk: "Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!" I cisza Gdzieś z góry Brzęczy, brzęczy, szumi i drży. I pękł Głucho w głąb Raz, dwa, trzy, Seria bomb. To gdzieś dalej. nie ma obawy. Pewnie Praga. A teraz bliżej, jeszzce bliżej. Tuż, tuż. Krzyk jak strzęp krwawy. I cisza, cisza, która się wzmaga. "Uwaga! Uwaga! Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!" Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła. ten alarm trwa. Wyjcie, syreny! Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów! Niech gra Orkiestra marsza spod Wagram, Spod Jeny. Chwyćcie ten jęk, regimenty, Bataliony - armaty i tanki, niech buchnie, Niech trwa W płomieniu świętym "Marsylianki"! Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła Kiedy po niebie wiatr obłoki gna, Kiedy na Paryż ciemny spada sen, Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe? Któż to mnie budzi i woła? Słyszę szum nocnych nalotów. Płyną nad miastem. To nie samoloty. Płyną zburzone kościoły, Ogrody zmienione w cmentarze, Ruiny, gruzy, zwaliska, Ulice i domy znajome z dziecinnych lat, Traugutta i Świętokrzyska, Niecała i Nowy Świat. I płynie miasto na skrzydłach sławy, I spada kamieniem na serce. Do dna. Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy. Niech trwa!Krystyna B. edytował(a) ten post dnia o godzinie 12:44 Temat: Warszawa w poezji Marian Ośniałowski Saska Kępa Saska Kępa zielenieje tańczą panny i złodzieje Saska Kępa zielenieje. Wiersze moje kwitnijcie... Niebieska łódź na Wiśle. Tyle chciałbym przemyśleć. Nad mostami mew skarga. Jestem struną, którą wiatr targa. Zielona łódź na Wiśle. Nikogo nie przemyślę. Rozkwitają bzy, przekwitają bzy. Każda zima mija, poschną wszystkie łzy. z tomu „Kontrasty”, 1958Ryszard Mierzejewski edytował(a) ten post dnia o godzinie 08:45 Temat: Warszawa w poezji Władysław Broniewski Ulica Miła Bronisławowi Linkemu Ulica Miła wcale nie jest miła. Ulicą Miłą nie chodź moja miła. Domy, domy, domy surowe, trzypiętrowe, czteropiętrowe, idą, suną, ciągną się prosto, napęczniałe bólem i troską. W każdym domu cuchnie podwórko, w każdym domu jazgot i turkot, błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica. Miła ulica. Miła ulica. Na ulicy Miłej jest zakład pogrzebowy, obok jatka i sklepik z balonem wody sodowej, naprzeciwko - klinika lalek, naprawa parasoli... Perspektywa rzeźnickim nożem przecina oczy. To boli. Jezdnią, po kocich łbach, trąbiąc pędzi pogotowie, To pod trzynastym powiesił się fryzjer, który miał źle w głowie: czytał powieści detektywne, chciał zostać aktorem, wiecznie coś deklamował albo śpiewał piskliwym tenorem. Moja miła, ty nie wiesz, jak źle ulicą Miłą błąkać się we mgle, niosąc bezdomne marzenie i nie napisany wiersz. No, powiedz, miła, czy wiesz? To nie była dusza fryzjera, to był anioł prawdziwy, jak z trampoliny wzbił się z ulicznej perspektywy, leciał na białych skrzydłach i ponad każde podwórko rzucał bawiącym się dzieciom jedno bialutkie piórko, dzieci piórka anielskie rączkami chwytały, chwytały, a wtedy z ciemnego nieba spadł śnieg anielsko biały. Ludzie, ludzie, ludzie wieczorni gorliwie dreptali piechotą, anioł zniknął, dzieci posmutniały, zostało błoto. W nocy nad ulicą Miłą - gwiaździsta ospa. W nocy na ulicy Miłej - rozpacz. Wiele troski zobaczysz, miła, przechodząc miastem, ale najwięcej na ulicy Miłej pod numerem trzynastym. W suterenie pogrzeb. Niedobrze. Na parterze płacze wdowa po fryzjerze. Na pierwszym piętrze - plajta, komornik. A na drugiem Służąca otruła się ługiem. Na trzecim piętrze rewizja - mundurowi, tajniacy. Na czwartym czytają "Kurier Warszawski" - "poszukiwanie pracy". Na poddaszu dziewczyna dziecko dwudniowe zabiła. Miła ulica. Ulica Miła. Na ulicy Miłej ani jedno drzewko nie rośnie, na ulicy Miłej - w maju! - ludzie nie wiedzą o wiośnie, ale cały rok hula perspektywa łysych gazowych latarni, łbem waląc w mur cmentarny. Moja miła, ja tą ulicą nie chodzę, choćby mi było po drodze. Nawet kiedy do ciebie się śpieszę, nie idę ulicą Miłą, bo kto wie, czy się tam nie powieszę. Temat: Warszawa w poezji JERZY ŻUŁAWSKI ŁAZIENKI Poszedłem do Łazienek. Park królewski stary Drzemał w słońcu i ciszy. Na zwierciadle wody Wsparłszy białe, w marmurze wykowane schody, Pałac lśnił przez zielonych gęstych drzew konary. A z drzew na białe barki nimf, na strojne panie, Na przechodniów tłum barwny, gwarny uśmiechnięty Leciał gęsty liść żółty, przedwcześnie zwiędnięty, Tu – gdzie niegdyś królowie mieli swe mieszkanie… I tak mi się zdawało, że w tym parku słyszę, Przez gwar rozmów idące i przez nieba ciszę, Łkanie jakieś nieśmiałe, głuche, przytłumione - Z drzew, czy z nieba, czy z ziemi… Tłumy rozbawione: Snadź to drzewa, gdy wiatr je niewidzialny ruszy, Płaczą tak… a bez echa w niewolników duszy? Temat: Warszawa w poezji Konstanty Ildefons Gałczyński Wielka radość w Warszawie Dziennikarze gazetom, a gołębiom gołębie, kolejarze poetom, chmury chmurom na niebie; wiatr wiatrowi na ucho, kwiaty kwiatom na trawie i już wszystkim wiadomo, co się stado w Warszawie: Wielka radość w Warszawie, bo Starówka znów stoi, człowiek oczom nie wierzy, istny cud, drodzy moi; wszystko takie jak dawniej: dachy, rynek i księżyc, tylko jeszcze barwniejsze, tylko jeszcze piękniejsze. 1953 Temat: Warszawa w poezji Robert Hass Parki Warszawy Deszcz uwielbia popołudnie, a wysokie lipy tam gdzie szeroka aleja 3 Maja przecina Aleje Jerozolimskie (jest rok 1922) wyżłobiły zielone kanały prosto w lato. Ponad zakurzonym brukiem, ledwie ciemniejącym pod przechodzącymi chmurami, ponad dzwoniącymi tramwajami i lśniącą taflą Wisły odbijającą połamane kształty drzew i chmur i mostów z powrotem w niebo, ponad figurą Matki Boskiej na ulicy Miodowej, ponad kościołem Świętego Krzyża, gdzie serce Szopena w połyskującej srebrnej szkatule powoli zamienia się w proch, ponad kioskami pełnymi plakatów Klary Bow i Chaplina i Valentino w roli Szejka, ponad przeludnionymi kamienicami stłoczonymi wokół podwórzy, ponad nowymi budynkami czynszowymi o mansardowych dachach, wiedeńskich oknach, płaskorzeźbach Tutanchamona, i wysmukłych jak sylf kobietach wtopionych w szkło, siąpi lekki deszczyk. Pada na Ogród Saski, bzy i jabłonie na trawiastej skarpie, i na park Ujazdowski z jego rozlewiskiem stawów, gdzie czarnodziobe łabędzie wiosłują dostojnie pod łukami wąskich kładek, a młody syjonista czyta książkę na drewnianej ławce. Pada na Ogród Botaniczny, gdzie magnolie, kwitnące, opróżniają czarę czystej białej bezczynności. Pada też lekko na Łazienki i na pałacyk o kremowych ścianach i kolumnowych portykach migoczących w rozszerzających się krążkach-w-krążkach tworzonych przez krople deszczu na powierzchni zatoczki i na pióra słowików ukrytych w krzewach wiązu i na wykuty w brązie pomnik króla Stanisława w słodkim zapachu oranżerii, gdzie woda opływa cętkowane marmury schodów amfiteatru, gdzie Paderewski dyrygował Brahmsa, i nawet dzieci, goniące się po trawie we wszystkich kierunkach lub kręcące się w kółko z rozpostartymi ramionami aż do upadku od zawrotów głowy, stanęły przy nagłym tęsknym tonie skrzypiec, i słuchały. Jest lato, gdy to piszę w północnej Kaliforni. Czyste powietrze, płonące niebo sierpniowe, płochliwe gajówki Audubona świergoczące na sosnach. Czytałem stary przewodnik turystyczny, który znalazłem oprawiony w twarde ciemnoniebieskie okładki o tłoczonych pozłacanych napisach, w antykwariacie w tym górskim miasteczku. Zawiera dedykację: “Od Kazimierza dla Hildy, z cierpliwą nadzieją i głębokim szacunkiem. Wróć, moja droga. Powinnaś zobaczyć dzwon w Krakowie”. Dzieci sprzątają ze stołu, wyciągają ręczniki kąpielowe na plażę. Kongres ma przerwę, strażnicy śpią koło ambasad. Nawet mordercy mają wakacje. tłum. Dobrosława i Janusz Zalewscy konto usunięte Temat: Warszawa w poezji Marianna Bocian* Odczucie i realność Warszawa... musica humana brzmi w obrocie historii jak Jeruzalem wiedzą o tym którzy przeciekli w dym i głąb kanałów znacząc nadzieję życia bez zająknięcia pełnią młodych lat przekwitali w owoce ofiary i nieodgadnioną przyszłość świat przekraczali w rozpędzie przeskakując nieruchome granice i mosty rzezi na Pradze miasto... brzmi jak petardy metafor wojna domów i ślubne samochody Warszawa... wiele tu ze stygmatu Troi i tandetnej sielanki (nie masz cwaniaka... za żelazną bramą... kup pan pałac.. k...) jest godzina stoję na dziwnej ulicy która jest bezuliczna bez pamięci we mnie p o z o r n a cichość jakby szare mury zamieszkiwały tamte ofiary a to mowa miasta które posiada samo siebie i brzmi jak słowo w zaklętym kole zegara nie ujawnione jakby pod stopami zrastały się znów korzenie w Tamto co Teraz przerasta – na co tu czekam? – wiem: to miasto pozostaje nie kończąca się frazą „Naprzód Warszawo...” Warszawa... ma wiele w sobie z pornografii nocnych uciech lokale nie dla ubogich tu za noc wysoko płacą obcą walutą... o czym mówią tandetne szlagiery? Ballady o szewcu Kilińskim nie śpiewa już nikt i zmałpowane tango z Paryża i to wielkie żarcie w korytach nieustająca rewia do wysokich stołków i ciągły gruz rosnący w niebo gwiaździście przeraźliwie jasne cienie czyichś czołgów... cisza... i nagle słyszę rwący się stuk serca - - Maurycy... tak... nie może zasnąć po śledztwie ... cienie profesorów wyprowadzanych pod bagnetami... po bruku taczka z Łukasińskim... kordon żołnierzy cara... któryś jak żołnierzowi salutuje... tylko zacięte twarze z salonu Targowicy zamykam oczy jeśli nie wyruszę nie oderwę źrenic wrastających w beton stóp nie wydostanę się z ogrodu objawionej prawdy i legendy Warszawa... zajadła jak ból wstydu po salonach miasto pozornej miłości w katarynkowych szczebiotach a tu nagle znak ociemniałego anioła wychlusnął z żył Linkego – wiem! – przeszłość istnieje z pozycji teraźniejszości i brzmi jak ofiara i konstelacja grzechów o których milczeć znaczy gotować się do kroku w ogień wyzbyty zdradliwej perspektywy Warszawa... miasto którego nie zna stary ląd Europy jest jak upadek i scalenie Troja padła Warszawa wstała tragiczniejsza o Jestem to znaczy przypominam sobie winy bo to miasto bywa magnesem dziś Marek Hłasko powrócił do swoich im bliżej jej źródeł tym bardziej wzrasta opór ...krzyżują się światła... ulica jak każda ulica... za godzinę stanie się giełdą póz paradą gry wyprzedażą pozorów ... maską... wymianą obniżonych słów za którymi pozostanie tamta Cena... Santa Polonia... i wystarczy tu bruk błysk źrenic a powszechnej ofiary nie odmówi nikt... znów cień Baczyńskiego pomknął przez Plac Teatralny... dokąd tak Boże? nie zdążyłam krzyknąć... zgrzyt... rozległ się jednakowo trwożliwy głos: gdzie się kurwa pchasz na czerwonych światłach! świata ślepoto ślepoto nie widzisz? - - to prawda panie władzo... ja nie widzę tego co tu jest ale co się upotencjalnia... czuję zrastanie... Warszawa o rano czasu europejskiego brzmi w radiowozie trzeźwo mandatem za 200 złotych polskich nic za darmo... przytomnieję... Warszawa brzmi jak Warszawa... ja jak ja... wlokę się do serdecznej Baśki Sadowskiej słyszę: niech nas w końcu przestanie dzielić ta czerń... niech nas w końcu przestanie dzielić... biały dzień jak pieluchy na balkonach z tomiku „Odczucie i realność”, 1983 *notka o autorce i linki do innych jej wierszy w temacie W harmonii z przyrodąMarta K. edytował(a) ten post dnia o godzinie 07:10 konto usunięte Temat: Warszawa w poezji Matthias Kneip* Warszawa Gdzie Nowy Świat młodych ludzi wiedzie ku staremu do kawiarenek na mogile czasu który przeminął przeł. Małgorzata Półrola *Notka o autorze w temacie Góry, poezja i myKrzysztof Adamczyk edytował(a) ten post dnia o godzinie 16:53

obłoki ludzkich rąk podnoszą się